17 kwietnia 2014

Życzenia

 

W tym roku z okazji Świąt Wielkanocnych życzę wszystkim:

czegoś dla ciała:

- kolorowych pisanek,
- pachnącej babki,
- smacznej święconki,
- głośnego odgłosu rezurekcyjnych dzwonów,
- mokrego Dyngusa i wysychania w ciepłych promieniach słońca...

fot. Krzysztof Wieczerzak ©

 czegoś dla umysłu i serca:

- radosnych spotkań z najbliższymi,
- spokojnego czasu na refleksję,
- odżywającej się nadziei,
- odnawiającego się poczucia sensu,
- miłości doświadczanej na co dzień...


fot. Krzysztof Wieczerzak ©
fot. Krzysztof Wieczerzak ©

 czegoś dla duszy:

- błogosławieństwa Zmartwychwstałego Chrystusa,
- owocnego współpracowania z Łaską,
- wzmocnionej wiary w Życie rozpoczynające się po śmierci,
- otuchy płynącej z dzieła Zbawienia,
- spotkania z Bogiem, który jest Miłością i Miłosierdziem...

fot. Krzysztof Wieczerzak ©

16 kwietnia 2014

Rozwój

Jak współpracować z łaską?

(Monika i Marcin Gajdowie, Pro homine 2012)






Ta książka była dla mnie odkryciem zeszłego roku. Przeczytałam ją całą dwa razy i wciąż nie mam ochoty się z nią rozstawać. Mam wrażenie, że jej mądrość będzie mnie wspierać jeszcze bardzo długo. Zawarta w niej propozycja pracy nad sobą to projekt rozwoju wewnętrznego na lata. Dlatego na razie nie odłożę tej książki na żadną z półek biblioteki. Będę ją trzymać w sypialni lub salonie. Pod ręką. Tak, żeby móc do niej często zaglądać i przypominać sobie zawarte w niej treści, czytając tym razem wyrywkowe fragmenty.


Zintegrowany rozwój

Autorzy książki, Monika i Marcin Gajdowie, są małżeństwem od dwudziestu dwóch lat, mają czworo dzieci. Oboje pracują jako psychoterapeuci i prowadzą działalność rekolekcyjną. Wspólnie opracowali metodę terapii, którą określają mianem chrześcijańskiej terapii integralnej (ChTI). Wiodącym założeniem tego podejścia jest przekonanie, że w pełni skuteczna terapia uwzględnia duchowość człowieka i działanie łaski nadprzyrodzonej. Omawiana książka jest próbą przekazania podstaw tak rozumianej terapii, w której rozwój traktowany jest jako jeden proces obejmujący całego człowieka: jego ciało, psychikę oraz sferę duchową. We wstępie autorzy wyjaśniają słowami pełnymi zachęty:

Zostaliśmy stworzeni i nieustannie stajemy się. I mamy wpływ na to, kim się stajemy! Jeśli zechcecie wykorzystać tę książkę do osobistego stawania się, spełni ona swoje zadanie. Zapraszamy Was do wspólnej podróży w głąb człowieka... 


Paradoks współpracy

Zaletą książki - poza oryginalnością i trafnością prezentowanych treści - jest jej klarowna kompozycja i prosty język. Omawianie każdego zagadnienia wsparte jest licznymi przykładami z praktyki terapeutycznej obojga autorów. Historie te - zmodyfikowane oczywiście po to, by zapewnić pacjentom anonimowość - wyszczególnione zostały odrębną czcionką i akapitem. Cały wywód przeplatany jest dodatkowo ramkami zawierającymi najważniejsze tezy ChTI. W nich też wyjaśnione zostało znaczenie podstawowych terminów, którymi posługują się Gajdowie.

Do takich należy przede wszystkim para komplementarnych pojęć: "ja fałszywe" i "ja prawdziwe".

JA FAŁSZYWE to fałszywa tożsamość człowieka, uniemożliwiająca mu wchodzenie w owocną relację z sobą samym, bliźnimi i Bogiem. Tworzą ją mechanizmy obronne nabyte w dzieciństwie.

JA PRAWDZIWE  to prawdziwa tożsamość osoby, umożliwiająca miłość do samego siebie, bliźnich i Boga.

Gajdowie rozumieją świadomy rozwój człowieka jako proces stopniowego rozkruszania niekorzystnych mechanizmów obronnych i przechodzenie od życia opartego na JA FAŁSZYWYM do życia w swoim JA PRAWDZIWYM, które jest życiem w prawdzie, w pełnej wolności, w kontakcie z własną wartością i rzeczywistością. W procesie tym kluczowe znaczenie ma tytułowa łaska, czyli nadprzyrodzone udzielanie się Boga człowiekowi.

Okazuje się - piszą autorzy - że rozpad JA FAŁSZYWEGO otwiera nas na przyjęcie łaski. Gdy podróbka życia rozpadnie się, nic już nie stoi na drodze do przebóstwienia. Byśmy jednak mogli tego doświadczyć, JA FAŁSZYWE musi ulec całkowitemu unicestwieniu. Dopiero JA PRAWDZIWE stwarza przestrzeń dla łaski. 

I chociaż w innym miejscu czytamy, że łaska stoi u początku ludzkiego rozwoju (Nie prosilibyśmy o łaskę, gdyby ona wcześniej nie uzdolniła nas do tego), nie jest to chyba sprzeczność. Wbrew pozorom bowiem to nawet nie "rozwój", ani nie "łaska" jest kluczowym pojęciem tej książki, a - zawarte również w podtytule - "współpracowanie" z łaską.

Monika i Marcin pokazują pewien paradoks dotyczący ludzkiego życia. Z jednej strony człowiek sam z siebie nic nie potrafi uczynić - do wszystkiego uzdalnia go Bóg. Z drugiej - nie można całe życie stać z założonymi rękami i czekać aż coś w życiu wewnętrznym i zewnętrznym zmieni się bez włożenia pewnego wysiłku.

Kolejne rozdziały omawianej książki to konkretna propozycja sposobów współpracy z łaską, czyli rozwijania siebie, które obejmuje:

- wgląd, a więc poznawanie siebie,
- pracę z własnymi myślami,
- bierne i aktywne rozbijanie struktury JA FAŁSZYWEGO,
- praktykowanie miłości siebie oraz innych ludzi,
- życie wewnętrzne, a więc modlitwę.


Odkrycia

Dla mnie lektura tej pozycji była ważna nie tylko ze względu na jasno zarysowany projekt rozwoju uwzględniającego cielesność, emocjonalność oraz duchowość. Książka odkryła przede mną wiele prawd, których nie uświadamiałam sobie wcześniej albo tylko mgliście je przeczuwałam. Gajdowie wyrazili je w sposób bardzo prosty i przekonujący. To właśnie tymi odkryciami chciałabym się tutaj podzielić, bo wydają mi się bardzo cenne.

Celem rozwoju jest miłość. Nie podnoszenie swoich zdolności komunikacyjnych. Nie doskonalenie się w asertywności i umiejętności stawiania granic czy konstruktywnego wyrażania emocji. Nawet nie opanowywanie swoich zachowań kompulsywnych. Jeśli tym wszystkim osiągnięciom nie będzie towarzyszyła miłość, nie przyczynią się one do rozwoju. W pracy nad sobą nie chodzi o naszą perfekcję, lecz o miłość. Podejmujemy ją, aby lepiej i bardziej miłować, a nie po to, aby wyeliminować nasze niedoskonałości.

Bóg przychodzi do mnie przeze mnie. Jeśli nie pokochamy siebie, nie będziemy mogli kochać Boga i bliźnich. Dopóki nie przyjmiesz samego siebie, odrzucasz także Mesjasza. Wszystkie drogi prowadzą do wewnątrz! Początkiem życia wewnętrznego jest relacja z JA PRAWDZIWYM w nas, kontakt i więź z samym sobą.

Miłość samego siebie oznacza pełne czułości i troski pochylenie się nad dzieckiem w nas, a więc tym, co w nas słabe, kruche i bezradne. Tylko my sami możemy we właściwy sposób zaopiekować się sobą. To zadziwiające, jak wielu potrafi precyzyjnie wymienić krzywdy, jakich doznali w dzieciństwie, nie zauważając, że obecnie sami stają w szeregu oprawców wobec dziecka, które w sobie noszą.

Poczucie własnej wartości nie może być niskie albo wysokie. To coś "zero-jedynkowego" - albo ma się kontakt z własną wartością (JA PRAWDZIWE), albo się go nie ma wcale (JA FAŁSZYWE).

Człowiek nie powinien się utożsamiać ze swoimi emocjami. Trzeba zrozumieć, że "JA" nie jest uczuciem. "JA" może poczuć "to" lub "tamto", ale to, co czuje, nie definiuje go. "Człowiek może czuć różne rzeczy, ale to się nie liczy, chodzi o postawę woli" - powie Karol Wojtyła (...). W procesie rozwoju mamy do czynienia ze stopniowym oddzielaniem się "JA" od uczuć. To "oddzielenie" nie polega na tłumieniu uczuć, ale na specyficznej postawie wewnętrznej, która pozwala zaobserwować uczucie i zaobserwować, co ono mówi na temat mojego wnętrza (a nie tego, co się dzieje na zewnątrz mnie).

Emocjonalność komunikuje nas nie tylko ze światem zewnętrznym, ale przede wszystkim z naszym wnętrzem. Gajdowie posługują się obrazową metaforą echosondy, tłumacząc działanie ludzkiej psychiki. Człowiek ma zranione serce, gdzieś głęboko nosi w sobie pęknięcie grożące katastrofą. Nie można tego odkryć inaczej, niż odczytując fale, które wysyła to pęknięcie, rezonując z okolicznościami zewnętrznymi. Te fale to właśnie uczucia. Dzięki nim dostajemy informacje z wnętrza, niedostępne w inny sposób. Uczucia nie mówią nam o tym, co mamy robić, ale informują o tym, co się w nas dzieje (a nie w święcie zewnętrznym, jak to często jest mylone - niektórzy przeżywając gniew, są przekonani, że to inni się na nich gniewają).

Uczuć nie powinnoś się próbować modyfikować, natomiast warto pracować z naszymi myślami. Trzeba koniecznie wybrać, co chcemy myśleć, a nie zgadzać się na to, by nam się "samo" myślało. JA FAŁSZYWE podsuwa nam bowiem bardzo często wiele negatywnych i szkodliwy myśli na temat siebie, otaczającej rzeczywistości i innych ludzi. 

Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy "myśleniem pozytywnym" a myśleniem prawdziwym. Nie chodzi o to, żeby pracując z myślami, powtarzać sobie w kółko wiele pozytywnych stwierdzeń typu: "Jestem silny", "Uda mi się", "Osiągnę sukces" itp. Na dłuższą metę taka autoafirmacja może być nawet szkodliwa. Ważne, by nasze myślenie było oparte na prawdzie. Zamiast stwierdzenia "Poradzę sobie", lepiej myśleć na przykład tak: "Chcę sobie poradzić i zrobię wszystko, żeby mi się powiodło! Mam nadzieję, że mi się uda, ale jeśli sobie nie poradzę, to nie będzie koniec świata. Moja wartość od tego nie zależy. Jeśli będzie można, spróbuje jeszcze raz".

Alternatywą dla niezdrowego perfekcjonizmu jest miłosierdzie. Perfekcjonizm karmi się brakiem akceptacji samego siebie i lękiem, miłosierdzie wynika z miłości i zaufania. Perfekcjonizm niesie napięcie, rywalizację i przemoc. Miłosierdzie rodzi łagodność, współpracę i pokój. Perfekcjonizm sprowadza rozłam i rozczarowanie. Miłosierdzie niesie komunię i zrozumienie.

Duchowość przekracza religijność. Życie nadprzyrodzone, wewnętrzne doświadczenie Boga przerasta wszelkie formy kultu zewnętrznego objawiającego się w religijnych rytuałach. Bóg przekracza wszystkie ludzkie tradycje religijne, nie dając się zamknąć do jednego wyznania. Bóg nie jest życiem ani muzułmaninem, nie jest także katolikiem, w co niektórym jest dość trudno uwierzyć.
 

11 kwietnia 2014

Szum

 

Mokrość wody - jako oczywistość.
Jej odprężające ciepło.
Wilgoć powietrza, które daje o sobie znać mgłą osiadającą na lustrze.
Kojący zapach olejków łagodzących napięcie.
Miękkość i ulotność piany, która otula zmęczone ciało.

fot. Krzysztof Wieczerzak ©

Nade wszystko zaś - szumy i pluski, które czynią na kilka minut moją łazienkę niepodległym królestwem. Mogę w nim odpocząć, odciąć się od domowej wrzawy. Obwarowana intensywnym szmerem wracam powoli do siebie, pielęgnując po kolei wszystkie zmysły.  

9 kwietnia 2014

Listy

 

Dlaczego w pewnym momencie swojego życia zrezygnowałam z pisania listów i pięknych kartek? Stwierdziłam, że nie mam na to czasu. Uznałam, że mogę troszczyć się o relację z mieszkającymi daleko znajomymi w inny sposób. Doszłam do wniosku, że tyle z tymi listami zachodu - trzeba iść na pocztę, kupić kopertę i znaczek, a przecież niby to samo można przekazać za pomocą paru kliknięć w klawiaturę telefonu czy komputera.

zdjęcie ze strony www.lawendowaaleja.blogspot.com
Dlaczego zdecydowałam się jednak wrócić do pisania listów i znieść ze strychu cały mój epistolarny przybornik? 

Piękny papier listowy, kolorowe papeterie, koperty przeróżnego kształtu... Pudełko pełne urokliwych pocztówek i okazjonalnych kartek... Notesik skrywający nazwy ulic, na których mieszczą się domy moich adresatów... Zestaw do kaligrafii... Skrzyneczka na otrzymaną korespondencję... Nożyk do rozcinania papieru... 

Odręczne pisanie listów dodaje mojemu życiu smaku. Ma to niepowtarzalny urok. Ożywia wymianę myśli i uczuć z tymi, którzy są mi bliscy. Wzbogaca ich i moje życie o piękne, unikalne artefakty. Długi list czy kilka słów na pocztówce to sposób obdarowania drugiego człowieka częścią siebie. Namacalne (bo przecież rzeczywiście cielesne) ofiarowanie mu wycinka swojego czasu, bliskości i obecności, która wyraża się charakterem pisma. To, co innego, czytać druk z ekranu komputera, a co innego, obcować z kształtem liter zapisanych ręką przyjaciela na papierze, który został wybrany specjalnie z myślą o mnie. Zresztą, kiedy piszę list, inaczej układają się słowa, uspokajają się moje myśli, rytmiczniej bije moje serce, odnajduję jakąś ważną, zagubioną w codziennej bieganinie, część siebie. Każdy list - napisany czy otrzymany - to dla mnie święto. Materialność listu kontaktuje mnie z czymś, co przekracza porządek doczesny.

***

Mój ukochany strych - przestrzeń wspomnień i marzeń zarazem.

3 kwietnia 2014

Piękno dźwięku

 

Po ostatnim rozłupywaniu twardych orzechów w pracowni najwyższa pora na zasłużony odpoczynek.

Dla takiego wzrokowca jak ja odkrycie, że także dźwięki mogą układać się w przepiękne harmonie sycące ciało i duszę, jest na miarę dokonań Krzysztofa Kolumba ;) 

Gorąco polecam obejrzenie-posłuchanie tego spotu i powędrowanie jego śladem do muzyki Andrzeja Cudzicha.

 

30 marca 2014

ALFABET UCZUĆ

Złość a agresja

 

Kiedyś za agresję byłam skłonna uważać przede wszystkim gwałtowne czyny typu: bicie, kopanie, szarpanie, popychanie, opluwanie itp.

Później oświeciło mnie, że agresywne mogą być też słowa - wszelkie wyzwiska, przekleństwa, oszczerstwa wypowiadane w kierunku drugiej osoby, jak również komunikaty niby pod względem treści neutralne, a jednak wykrzyczane po to, aby innego człowieka przestraszyć, osaczyć, zmusić do czegoś etc.

Kiedy już odkryłam, że agresją jest krzyk i nie można przenosić odpowiedzialności za niego na osobę, która rzekomo ten krzyk wywołuje, dotarło do mnie, że bardzo głębokie rany w człowieku może pozostawiać każdy opryskliwy ton głosu, nerwowy styl odzywania się wynikający ze zniecierpliwienia, zdenerwowania, czasem zmęczenia.

Stąd już blisko było do spostrzeżenia, że nie tylko wrzaski pod adresem drugiego człowieka i nie tylko mówienie do niego poirytowanym głosem jest zachowaniem agresywnym, ale i trzaskanie drzwiami, uderzanie ręką w stół, rzucanie tym, co jest w zasięgu ręki, nade wszystko zaś długie godziny milczenia, odmowa próby rozwiązania konfliktu poprzez rozmowę i celowe (choć czasem nieuświadomione) utrzymywanie napiętej atmosfery.

Orzech włoski
zdjęcie ze strony www.swiatkwiatow.pl
Równolegle z tym rozszerzaniem zbioru zachowań agresywnych docierało do mnie, że nie tylko ja bywam ofiarą agresji, ale i sama jestem w stosunku do otaczających mnie osób agresywna. 

Uświadamianie sobie tych wszystkich zależności jest krokiem w kierunku zmniejszania poziomu agresji w moim środowisku.  Od zmiany na poziomie mentalnym do zmiany zachowań i automatycznych czasem odruchów droga jest bardzo długa. Liczą się jednak dobre intencje, wytrwale podejmowany wysiłek woli w procesie zarówno bronienia siebie przed agresją innych, jak i bardziej wrażliwego, uważnego i empatycznego traktowania ich z mojej strony.  

W tym wszystkim trzeba być czujnym, by nie wpaść w sidła perfekcjonizmu, który przy każdej porażce w kwestii ograniczania zachowań agresywnych dyktuje poczucie bezradności, rozpacz i poczucie winy. 

Tymczasem to wcale nie jest tak, że już nic dobrego nie mogę zrobić, gdy mi się nie uda w porę rozpoznać mojej złości i staję się agresywna, zamiast konstruktywnie ją wyrazić.

Przeciwnie: 

* mogę zauważyć moją agresywną reakcję, 
* mogę spróbować ją zatrzymać

a nawet jeśli mi się to nie uda,

* mogę przyznać się do tego przed sobą i przed poszkodowanym, 
* mogę spróbować wyrazić jeszcze raz to, o co mi chodzi, w sposób bardziej empatyczny dla siebie i  tej drugiej osoby, 
* mogę ją przeprosić i wyrazić skruchę.

Przede wszystkim zaś:

* mogę nie załamywać rąk, nie dręczyć się wyrzutami sumienia i z nadzieją popatrzeć w przyszłość.

Wtedy:

* będę mogła przy następnej okazji spróbować jeszcze raz nie zamieniać uczucia złości w destruktywną agresję.

Myślę, że ta intencja wytrwałego podnoszenia się po każdej nie do końca udanej próbie jest tutaj kluczowa.

I wiara w to, że agresywne zachowanie w sytuacji z jakichś powodów dla mnie skrajnej nie określa i nie definiuje mnie ostatecznie. Nie chodzi o to, żeby się ciągle fałszywie usprawiedliwiać i powodów przemocy doszukiwać się stale w zachowaniach otaczających mnie osób. 

Ważne jest jednak to, o czym piszą w swojej książce Gajdowie: "Co jest (...) prawdą o tobie, chwila, w której objawiła się twoja słabość, czy życie, które na co dzień prowadzisz i postawy, które w sposób świadomy wybierasz? Przecież w rzeczywistości chcesz kochać i przez większość życia wspaniale ci się to udaje! Naprawdę, jesteś zdolna do miłości i widać to na co dzień. Ta chwila [niekontrolowanego wybuchu złości - M. M.-W.] pokazała, że w wyczerpaniu fizycznym reagujesz agresywnie. Ale agresja to nie jest cała prawda o tobie".

A Ty? Czujesz się częściej ofiarą agresji czy jej sprawcą?
Czy używasz słowa "agresja" w swoim codziennym życiu? W jakim kontekście?
A może unikasz go i boisz się w ogóle tego tematu? Dlaczego?
 

25 marca 2014

ALFABET UCZUĆ

Lęk - Złość - Lęk



Po tym, co ostatnio napisałam o złości, uświadomiłam sobie mocniej to jej sprzężenie z lękiem

Moja złość obwarowana jest z dwóch stron lękiem. To właśnie lęk ją wywołuje, ale też - przewrotnie - blokuje ją

Żeby więc konstruktywnie przeżywać tę ważną emocję, żeby nie prowadziła ona do przemocy, ale do twórczego przepracowania konfliktu, warto chyba pochylić się nad tym lękiem i jemu poświęcić trochę uwagi.

Orzech włoski - Juglans regia
zdjęcie ze strony www.sadownictwo.com.pl

Z jednej strony jest to leżący u źródeł złości lęk przed tym, że jakaś ważna moja potrzeba zostanie niezaspokojona.

Podchodzi do mnie dziecko i mówi mi, że chciałoby się ze mną pobawić, a ja akurat teraz chciałam odpocząć. Zmęczyłam się gotowaniem obiadu. Potrzebuję chwili wytchnienia, odprężenia, zajęcia się tylko sobą samą. Jeśli zbagatelizuję tę potrzebę, przeoczę ją, będę udawać, że jej nie ma, wówczas może się i z dzieckiem pobawię, ale prędzej czy później zemści się to na nas. W najmniej oczekiwanym momencie wybuchnę. Może na to samo dziecko, może na inne, może na męża, może na panią w sklepie, może nawet na siebie samą albo wyżyję się, trzaskając drzwiami, kiedy jakaś błahostka wyprowadzi mnie z równowagi. 

Kiedy jednak uświadomię sobie w porę mój lęk przed tym, że nie będę mieć czasu na odpoczynek i kiedy potraktuję tę lęk poważnie (tak samo poważnie, jak potrzebę dziecka, które chce spędzić ze mną trochę czasu na zabawie), wtedy łatwiej mi będzie poszukać dla nas jakiegoś wyjścia, które będzie dobre dla nas obojga. Może, kiedy powiem dziecku, że teraz wolałabym posiedzieć przez chwilę w fotelu, ono zrozumie to i pobawimy się później. Może ono wybuchnie płaczem, ale dla mnie samo wypowiedzenie moich potrzeb wystarczy, bym w spokoju serca mogła przez chwilę się z nim pobawić, a potem poleniuchować. Może po prostu wystarczy, że przeczytam mu książeczkę - wtedy i ono nasyci się moją uwagą i obecnością, przezwycięży nudę, i ja trochę odsapnę. Może wymyślę jeszcze wiele innych konstruktywnych rozwiązań.

Bo w gruncie rzeczy mój lęk o moje potrzeby opiera się na błędnym przekonaniu, że jest tylko jeden sposób ich zaspokajania, że to inni powinni wziąć odpowiedzialność za ich spełnianie, a nie ja sama, i że potrzeby innych są ważniejsze niż moje. 

Tymczasem okazuje się, że moje potrzeby są tak samo ważne, jak potrzeby innych. Jest wiele najróżniejszych sposobów troszczenia się o nie i to ja mam realny wpływ na ich zaspokajanie. 

Co nie znaczy, że nie mogę w tym liczyć na pomoc i wsparcie innych ludzi. Ważne jednak, żebym nie oczekiwała, że oni będą się wszystkiego domyślać, albo spełniać każdą moją prośbę. Jako wolni ludzie mają prawo do odmowy i muszę to uszanować. Podobne prawo do odmowy mam przecież ja sama.

Rozbroiwszy nieco lęk, który jest podłożem mojej złości, warto przyjrzeć się tej sprawie z nieco innej perspektywy.

Bo to wszystko, co powyżej napisałam, wcale nie oznacza, że nie mogę poczuć złości, kiedy po ugotowaniu obiadu, chciałabym w końcu odpocząć, a ten maluch akurat teraz potrzebuje się ze mną pobawić. Mogę poczuć jeszcze większą złość i frustrację, kiedy zacznie płakać, gdy mu powiem, że teraz nie mam ochoty na zabawę. Mogę nawet przeżywać wściekłość, kiedy dodatkowo kopnie mnie w takiej sytuacji. Bo przecież chciałam odpocząć, a tu nagle tyle hałasu i wrzasku!

Najczęściej w takich chwilach brakuje mi cierpliwości. Reaguję krzykiem, który nie polepsza sytuacji. Uczę się dopiero rozumieć, że atak złości małego dziecka często wiąże się z niedojrzałością jego mózgu, o czym przekonująco pisała Margot Sunderland w książce "Mądrzy rodzice". Ono potrzebuje czasu, żeby wyrażać swoją złość, nie raniąc innych. Skoro mnie - dorosłej osobie - tak trudno poradzić sobie ze złością, to ten mały człowiek tym bardziej ma do tego prawo. Zresztą, ode mnie powinien się uczuć.

A ja często popadam ze skrajności w skrajność. Albo daję się ponieść złości i reaguję agresywnie, na przykład krzycząc. Albo, tłumię złość, bojąc się skrzywdzenia drugiej osoby i moich nieuporządkowany reakcji. Mój lęk przed zranieniem drugiego, lęk przed konfliktem i przed nieprzyjemną atmosferą sprawia, że wolę udawać, że wcale nie czuję złości. "Przecież nie można złościć się na małe i w dodatku ukochane dziecko" - podpowiada mi fałszywie mój strach.

Tymczasem sama złość nie jest niczym złym. To moja naturalna reakcja emocjonalna włączająca się w sytuacji, gdy zagrożona jest jakaś moja ważna potrzeba. Mogę poczuć złość na każdego: na dziecko, na męża, na przyjaciela, na osobę chorą, niepełnosprawną lub starszą. Mogę  poczuć złość nie tylko na tych, których nie lubię, ale i na tych, których kocham i którzy są mi bliscy. Mogę poczuć złość w stosunku do osób silnych i słabych. Bo sama złość jako uczucie nie robi nikomu krzywdy, a często - przeciwnie - konstruktywnie przeżyta przyczynia się do umocnienia relacji. Mogę wtedy powiedzieć: "Umiemy dojść do zgody, nawet wtedy gdy przeżywamy kryzys, gdy odkrywamy, że jesteśmy różni od siebie i nieraz mamy sprzeczne dążenia". Gdy czuję złość, to znaczy, że nie jestem wobec drugiej osoby obojętna, że ciągle zależy mi na niej. Nawet wtedy, gdy odkrywam różnicę zdań między nami. Nie muszę bać się konfliktu, bo on daje nam szansę rozwoju, wywołuje potrzebę twórczego dialogu. Na tym polega miłość. 

zdjęcie ze strony www.naukawpolsce.pap.pl

Mogę powiedzieć dziecku: "Czuję złość, kiedy prosisz mnie o zabawę w momencie, gdy akurat chciałam odpocząć". A gdy się rozpłacze: "Widzę, że jest Ci smutno i  przeżywasz frustrację z powodu mojej odmowy". Jeśli moje napięcie wzrośnie, mogę dodać: "Wiesz, kiedy tak głośno płaczesz, ja też przeżywam frustrację. Tak bardzo chcę odpocząć, a Twój krzyk nie pozwala mi na to, ale bardzo chcę, aby spróbować znaleźć jakieś dobre rozwiązanie dla Ciebie i dla mnie". Bywa, że i to nie pomoże. Prymitywne instynkty wezmą górę (odsyłam raz jeszcze do książki Sunderland) i dostanę kopniaka. Wtedy mogę powiedzieć stanowczo i twardo: "Czuję wściekłość, kiedy mnie kopiesz! Nie lubię być workiem treningowym!"

Nie wiem, czy i to pomoże. To, jak rozwinie się konflikt zależy tylko w pięćdziesięciu procentach ode mnie.

Wiem, że swojej złości nie muszę się bać. Tak samo, jak nie muszę się bać napadów złości małego dziecka. One nie mają nic wspólnego z brakiem miłości i szacunku. Są odruchem, który dziecko może nauczyć się z biegiem czasu kontrolować. W dużej mierze od rodziców zależy, czy będzie umiało w przyszłości wybrać zdrowy środek: ani nie tłumić złości, ani nie reagować pod jej wpływem agresywnie. 

Krótko mówiąc: czy będzie potrafiło poradzić sobie z lękami, które obwarowują złość... 

***

To miał być krótki wpis, a powstał długachny elaborat. Może dlatego, że trudno o tak skomplikowanych sprawach pisać krótko i zwięźle.

Tym razem pozostawiam każdego z Was tylko z jednym pytaniem:
Który z wyżej opisanych lęków, jest Ci trudniej oswoić: lęk przed niezaspokojeniem Twoich potrzeb czy lęk przed przyznaniem się do złości i jej wyrażeniem?

17 marca 2014

ALFABET UCZUĆ

Złość


Od jakiegoś czasu czuję wewnętrzne przynaglenie do tego, by zebrać w kilku punktach najważniejsze prawdy, jakie odkryłam w ciągu minionych kilkunastu miesiący na temat emocji, jaką jest złość.

Przyznam, że jest to uczucie, które jest dla mnie ciężkim orzechem do zgryzienia i pewnie rozpracowywanie go w mojej codzienności zajmie mi jeszcze sporo czasu.

Tymczasem jednak wiem, że:

1. Złość jest uczuciem, jak każde inne. To znaczy, że jest sama w sobie neutralna: ani pozytywna, ani negatywna, ani dobra, ani zła. Jest moralnie obojętna.

2. Złość należy do uczuć trudnych w przeżywaniu. Jest nieprzyjemna i męcząca. Problematyczna.

3. Największy problem ze złością jest taki, że niekonstruktywnie przeżywana (np. tłumiona), bardzo szybko przemienia się w agresję, której już nie można usprawiedliwiać. Nawet bierna przemoc jest zjawiskiem negatywnym. Zachowanie agresywne w stosunku do drugiej osoby z moralnego punktu widzenia jest złe.

4. Złość najczęściej sprzężona jest z innymi bardzo silnymi emocjami, których jednak na początku nie uświadamiamy sobie. Zwykle jest to przede wszystkim lęk, ale także wstyd, zazdrość, poczucie winy.

5. Jak każde uczucie, złość komunikuje nas o czymś bardzo ważnym w relacji, jaka zachodzi pomiędzy nami i światem. Złość zwykle mówi o tym, że boimy się, iż jakaś ważna dla nas potrzeba nie zostanie zaspokojona. W tym znaczeniu złość jest odwrotną stroną lęku przed niespełnioną potrzebą.

Na razie tyle. Długo chciałam mieć jakąś gotową receptę na złość, ale chyba takiej nie ma. Wierzę jednak, że już sama świadomość pewnych spraw dotyczących uczuć może pomagać w ich oswajaniu, akceptowaniu i mądrym przeżywaniu, z korzyścią dla siebie i otoczenia.

Z czym kojarzy Ci się złość? 
Czy złość jest dla Ciebie zła? Dlaczego?

Jak (nie)radzisz sobie ze złością?
(To pytanie zadaję nie tylko po to, żaby zainspirować Cię do samodzielnej refleksji, ale by zachęcić Cię do podzielenia się swoim doświadczeniem w tej sprawie, bo temat złości bardzo mnie interesuje. Komentarze, jak zawsze, mile widziane).

10 marca 2014

Gałganki

 

Kiedy byłam mała, uwielbiałam szyć.

http://sklep.dastal.com.pl/foto/towary/midi/04608b45a0b7f413107a367215302e77.JPG
zdjęcie ze strony www.sklep.dastal.com.pl


Szyłam ubranka dla lalek, kołderki i poduszki. Poza tym lubiłam haftować, szydełkować, tkać i robić na drutach. Oczywiście moje krawieckie wyczyny nie były zakrojone na szeroką skalę. To była twórczość dziecięca. W zalążku właściwie...


http://la-maison.pl/image.php?main=images/zdj_336.JPG&watermark=watermark.png
zdjęcie ze strony www.la-maison.pl



Teraz dużo bym dała za kuferek, który gromadziłby wszystkie moje szwalnicze skarby. 

Pamiętam, że miałam takie małe, czarne, magiczne pudełko od cioci, w którym kryły się różne rozmiary igieł, agrafek i guzików. A choć było bardzo małe, nie brakło w nim nawet naparstka. Wyścielone było w środku bordowym aksamitem i doprawdy nie wiem, co się z nim stało. Gdzie i kiedy przepadło? Gdy sobie o nim niedawno przypomniałam, serce zabiło mi mocniej i poczułam skurcz żołądka. Radość z odzyskanego wspomnienia i nutka żalu, że pudełka już nie ma. Bo choć było bardzo małe, stanowiłoby dla mnie bezcenną pamiątkę.

Więc umieszczam je na moim wirtualnym strychu. I tak, dzieląc się z Wami tym wspomnieniem, przywracam je na moment życiu.

Tak, jak różne moje kawałki materiałów. Kordonki, muliny i włóczki. Dla kogoś obcego to tylko niepotrzebne skrawki

Dla tamtej dziewczynki, którą kiedyś byłam - prawie cały świat.

Niciarka - na nici igły szpilki
zdjęcie ze strony www.sofer.pl

9 marca 2014