Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczekalnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczekalnia. Pokaż wszystkie posty

12 lipca 2014

Czasem


"Czasem zwolnić 
oznacza zrobić milowy krok naprzód." 

(Małgorzata Musiał,
której bloga polecałam kiedyś w spiżarni)

fot. Krzysztof Wieczerzak

Bardzo podoba mi się to zdanie. Wyrywając je z kontekstu, w którym padło, przyznaję, że kiedyś podkreśliłabym w nim słówko "zwolnić", a ostatnio kładę akcent na "czasem".

Bo nie warto zwalniać, jeśli to oznacza odkładać siebie na później.

Może nie trzeba bać się szybkiego tempa wzrostu.

Pod warunkiem, że ma się odpowiednie wsparcie.

23 lutego 2014

Rytm

 

Jaki jest rytm Twojego serca?

W sensie biologicznym można to określić na podstawie badań wykonanych za pomocą specjalistycznej aparatury. Żeby poczuć bicie własnego serca, wystarczy chwycić za puls...

Nawet gdy o nim zapominamy, ono nie przestaje wybijać swojego rytmu - napisała o sercu Katarzyna Marcinkowska w stworzonym przez siebie kalendarzu.

A w sensie emocjonalnym i duchowym? Jeśli za serce uznać Twoje wnętrze - skrytą istotę Ciebie samego - to... Co wtedy? 

Jaki jest rytm Twoich potrzeb, pragnień i marzeń? 
Jakie jest Twoje indywidualne tempo wzrostu?
Jak często wsłuchujesz się w ten swój wewnętrzny, tylko Tobie przypisany rytm życia? 
Może żyjesz zbyt szybko, a może zbyt leniwie? 
Może zbyt często swój rytm naginasz do potrzeb innych?
A może nie liczysz się wcale z tempem życia Twoich najbliższych?

Być może już wiesz, że tak, jak teraz żyjesz, chcesz zawsze żyć. Wsłuchany w siebie. Może jest już w Tobie taka cisza, w której słychać serca szept. A Ty od nowa zanurzony w swój rytm. Nie za szybko, nie za wolno - tak jak trzeba. Może dokładnie już wiesz, czego chcesz i zamiast oszukiwać siebie, że się nie uda, poszukujesz drogi do zrealizowania marzeń. Spokojnie, bez nerwów, w swoim tempie. Nie wmawiaj sobie, że się nie da. Przecież to TWÓJ rytm. I nawet, gdy znów go zgubisz, możesz usiąść i przypomnieć sobie. Nie musisz szukać daleko. 

Odkryj, jak pulsuje życie w Tobie.

31 stycznia 2014

Oddech weź...

 

Podzielę się czymś bardzo osobistym. 

Bo już tylko tak chciałabym pisać: z serca, o życiu, dzieląc się własnym doświadczeniem. Bo wiem, że to jest bezcenne.

Skończyłam pisać swoją pracę doktorską. Powoli dociera do mnie, że: naprawdę --- już nigdy --- nie będę --- pisać doktoratu.

To bardzo uwalniająca myśl. Dokonało się. Nie dodam już żadnej kropki ani przecinka. Nie tylko dlatego, że nie mam na to czasu, ale też dlatego, że już ani nie trzeba, ani nie chcę. Dokonało się.

Praca nad tym trwała pięć lat. Może i byłoby krócej, ale nie chciałam zrezygnować z moich domowych i matczynych zajęć. Około rok temu dotarło do mnie, dlaczego tak naprawdę zdecydowałam się na robienie doktoratu i że wcale nie chcę całe życie kroczyć naukową ścieżką w sensie pracy na uczelni itd. Wtedy zrozumiałam, że moją pasją i misją jest pomaganie ludziom w rozwoju osobistym, ale też miałam głębokie przekonanie, że nie mogę mojego doktoratu tak po prostu rzucić. Potrzebowałam to doprowadzić do końca. Między innymi dlatego, żeby pozostać wierną sobie-z-przeszłości, wierną wobec tej Moniki, która pięć lat temu podjęła takie właśnie wyzwanie, kierując się marzeniem na miarę tamtego czasu. Chciałam uszanować pracę, którą już wykonałam i swoje prawo do błądzenia, poszukiwania, rozwijania się na najróżniejsze sposoby... Bo jednocześnie wiem i czuję, że ta doktoratowa przygoda była dla mnie bardzo rozwijająca i dużo mi dał tamten czas.

Jesienią częstotliowść publikowania postów na moim blogu spadła. Nie miałam czasu i energii, by zabiegać o nowe grono odbiorców. Musiałam się na chwilę wyłączyć, żeby dokończyć pisanie pracy. Było w tym sporo napięcia i trudu. 

Trochę wyglądało to tak, jakbym musiała na chwilę zwolnić - bardzo zwolnić - na nowo obranej, dodającej skrzydeł ścieżce. Niełatwo było złożyć te rwące się do lotu skrzydła. Złożyć skrzydła, czyli skupić się jeszcze na moment na czymś innym. Bo o podcinaniu skrzydeł nie mogło już być mowy. Ale byłam spokojna o marzenia. Wiedziałam, że DoM istnieje i już nic mi go nie odbierze. Pewne sprawy będą się jedynie odbywać wolniej. Wiec było to jak poczekalnia...

Wyobrażałam sobie wtedy doktorat i bloga jak dwa ważne dla mnie drzewa. Żadnego nie chciałam wyciąć. To pierwsze było starsze, ale i większe, ocalone z trudem, ale miałam wiarę w to, że przyniesie owoce i wyobrażałam sobie, że choć będzie dziwnym gatunkiem drzewa w ogrodzie mego przyszłego życia, to jednak miło będzie czasem odpocząć w jego cieniu i mieć w sercu tę pewność, że ono żyje dzięki mnie - że wytrwałam do końca. A drugie drzewo - to młode, buchające nieświadomą jeszcze wielu spraw zielenią, oczarowujące i nęcące pełną zaangażowania przygodą - jakoś na tym nie ucierpiało bardzo. Teraz już jemu będą mogła poświęcić więcej skrawków mojego wolnego czasu. Piszę "skrawków", bo macierzyństwo jest teraz główną treścią mojego życia. Ale myślę, że akurat to dla mojego młodego drzewa nie najgorzej.

Tyle osobistych wyznań, a teraz zasłuchajcie się ze mną w słowa tej piosenki. Bardzo jej teraz potrzebuję. Poczuć ulgę.


fot. Krzysztof Wieczerzak ©

30 listopada 2013

Budowlany zastój

 

Już niedługo rok upłynie od czasu, gdy ten blog istnieje w sieci, a tu częstotliwość pojawiania się nowych wpisów spadła, próby docierania do nowych czytelników żadne, w związku z czym mała liczba odwiedzających jak narazie...

Piszę to z lekkim uśmiechem na twarzy. Ze spokojem. I odrobiną smutku także.

No, ale tak to już w życiu bywa.

To nieprawda, że można mieć w życiu wszystko i od razu.

Uczę się tego od dawna.

Intensywne macierzyństwo, przeprowadzka, dopinanie pracy naukowej na ostatni guzik sprawiły, że bywam tu rzadziej. Co nie znaczy - mniej chętnie.

Ot, budowlany zastój... I do tego jeszcze DoM-owy Ogród od wiosny leży odłogiem... Choć odłogi też bywają ładne ;)

Ale jednak ten blog jest. Istnieje. Powoli rozwija się. 

Jest jak młode drzewo w cieniu starych...

Wszystko, co robię teraz w związku z marzeniem o Ośrodku Rozwoju Osobistego jest jak trwanie ziarna pod ziemią. W ukryciu. Niby nie widać nic. A jednak ono tam jest. Wykiełkuje, wyrośnie, zakwitnie i zaowocuje. Co do tego nie mam wątpliwości!

Piszę to z uśmiechem na twarzy!

10 listopada 2013

Klarowanie wina

 

Wino jest tym, co w naszym życiu dobre, ważne, wartościowe - co dodaje temu życiu smaku. Ja tak patrzę na wszystko, co związane z wewnętrznym rozwojem.


zdjęcie pochodzi ze strony www.dobra-rada.pl


Żeby powstało wino - potrzeba owoców, a żeby były owoce - potrzeba drzew albo krzaczków. Idąc tym tropem i próbując dotrzeć do źródła, uświadomimy sobie, że proces powstawania wina jest bardzo długi i skomplikowany. Można włączyć w niego: sadzenie drzewa, pozwalanie na to, by zadziałały na nie czynniki tak niezależne od nas, jak słońce i woda, wreszcie - przycinanie gałązek

Bolesne, ale konieczne...

Jednak na tym nie koniec. Wino musi się wyklarować.

Klarowanie wina nie jest bynajmniej zabiegiem czysto kosmetycznym, służącym wyłącznie poprawie jego aparycji. Pozbycie się zawiesin i osadów ma bowiem także inny, z winiarskiego punktu widzenia bardziej nawet istotny cel – stabilizację fizykochemiczną i mikrobiologiczną, tak aby po rozlaniu wina do butelek nie zdarzyły się w nim już żadne przykre niespodzianki.

Rozwijając swoje wnętrze też musimy przejść ten sam proces. Jeśli już dopracujemy się w pocie czoła, jakiejś wizji czegoś, gdy już odkryjemy, co jest naszym dobrem, potrzeba jeszcze czasu, by doszło do ostatecznego wyklarowania, tzn. oczyszczenia, rozjaśnienia, przejrzystości...

W tradycyjnej technologii winiarskiej wino po drugim przelaniu pozostawia się w spokoju, żeby samoczynnie wytrąciła się kolejna porcja osadu i po jakimś czasie – zwykle po paru miesiącach – przelewa się je po raz trzeci. Podczas dalszego dojrzewania w zbiorniku lub w beczce wino co kilka miesięcy przechodzi taki zabieg, aż przestanie wytrącać osad i uzyska całkowitą stabilność

To, co czasem nowe, zapierające dech w piersiach, napawające dumą i entuzjazmem, musi zwyczajnie potrwać w czasie, byśmy mogli przyjąć to jako pewną nową normę bycia...

Taki naturalny proces klarowania i stabilizacji wina przez kilkukrotną sedymentację i kolejne zlewanie znad osadu jest wciąż stosowany przez niektórych winiarzy-tradycjonalistów. Uzyskanie tym sposobem całkowicie stabilnego wina wymaga jednak co najmniej roku pracy, a może trwać nawet kilka lat. W środkowej Europie, zanim powszechniej zaczęto stosować filtrację zwyczaj nakazywał zlewać wino znad osadu trzy razy w pierwszym roku po fermentacji, dwa razy w drugim i raz w trzecim – i dopiero potem można je było rozlać do butelek.

(cytaty dotyczące klarowania wina zaczerpnęłam z artykułu Wojciecha Bosaka, www.winologia.pl)


15 października 2013

Perły



Cóż... Strych to chyba nie jest najlepsze miejsce na przechowywanie pereł. Choć nie ulega wątpliwości, że to skarb, który mocno przemawia do mojego wnętrza i zasługuje na tak klimatyczne i kameralne miejsce...

Perła na muszli perłopława
zdjęcie ze strony Wikipedii

Garderoba? Owszem - jako element biżuterii. Czyste, lśniące i gładkie. Synonim elegancji, szyku i piękna... To powiązanie jest jednak zbyt powierzchowne, zbyt oczywiste...

W salonie... Koniecznie!!! Na jednym z obrazów Mistrza Vermeera. Spotęgowanie piękna... 

Vermeer, Ważąca perły

Kocham perły. Dlatego postanowiłam rozsypać je po różnych pomieszczeniach DoM-u. W każdym z nich może znaleźć się dla nich jakiś tajemniczy zakamarek

Najbardziej jednak bliskie są mi w poczekalni. Kiedy myślę o tym, jak powstaje perła, łatwiej znosić mi wszystkie codzienne udręki i bóle. Ten klejnot jest dla mnie znakiem wartości zdobytej dzięki cierpliwemu - pełnemu boleści nieraz - oczekiwaniu.

Perły są wytworem małży – perłopławów
zdjęcie ze strony Wikipedii


To Daniel Ange napisał niegdyś pięknie, że perła jest łzą zranionej muszli.

Gustaw Herling-Grudziński zaś ujął to tak:

Perła rośnie i dojrzewa latami w muszli wokół jądra wielkości ziarenka piasku, w tempie, które wolno nazwać czasem zatrzymanym.

I dalej w kontekście twórczości Mistrza z Delft:

Czas zatrzymany zaś (...) jest duchem malarstwa Vermeera. Chciałbym wierzyć, że Vermeer "rozsypał" w swoich obrazach tyle pereł, aby uzmysłowić - może tylko sobie? może także innym? - jak powstawały w oku i w wyobraźni artysty. Każdy jego obraz jest perłą.

14 sierpnia 2013

Zawiesić

wieszaki-Wieszak nr 55
zdjęcie zaczerpnięte ze strony www.pakamera.pl


Ładnie zawiesić ubranie.
Nie rzucać byle jak w kąt, ale z troską odłożyć je na później.

***

Są w życiu sprawy, które trzeba odłożyć na chwilę na bok.

Czasem po to, żeby zająć się czymś pilniejszym....
Czasem po to, żeby się zdystansować...

To, co ważne i ciągle potrzebne - jeżeli trzeba - odkładać z uwagą i szacunkiem, jakby to była część nas samych.

Wtedy te różne sprawy w zawieszeniu zyskają należyte i godne miejsce. Odłożenie ich na bok wcale nie umniejszy ich wartości.

15 lipca 2013

Bez zegarka


W pokoju dziecięcym właściwie niepotrzebne są zegary. W poczekali - owszem, przydają się.

Dzieciństwo odmierza zupełnie inny rytm, który nie zna minut i godzin. Jest to rytm naturalnych potrzeb – pośród których prym wiedzie pełne zachwytu pragnienie zatrzymania się nad cudownością świata, który jest przecież taki ciekawy w każdym swoim szczególe...

Jednym z przywilejów rodzicielstwa jest zaszczyt współuczestniczenia w odkrywaniu tych codziennych cudów. Możliwość dostrajania się do dziecięcego tempa – tak odmiennego od pędu, w którym żyją ludzie dorośli.

A wszystko rozpoczyna się jeszcze przed aktem narodzin. Kobieta w zaawansowanej ciąży, nie jest w stanie wykonywać wielu czynności tak szybko, jak mogła robić to wcześniej. Musi zwolnić krok i poruszać się w tempie, na jakie pozwala coraz większy ciężar brzucha, w którym rozwija się dziecko.

Potem często trzeba będzie czekać:
  • aż dziecko zdąży zjeść obiad,
  • aż się zdoła wysłowić,
  • aż ubierze się samodzielnie,
  • aż umyje zęby,
  • aż wyjdzie swoim tempem po schodach,
  • aż zawiąże sznurówki,
  • aż się wyzłości i uspokoi...

Mnóstwo czekania, które dla rodzica może być trudne, ale odpowiednio przeżyte – staje się błogosławione.

To w nim może się doskonalić cnota cierpliwości.


Tak, aby można było w końcu powiedzieć: 
„zamiast patrzeć na czas, 
daję sobie czas, aby patrzeć” 
(Diane Loomaus) …

19 maja 2013

To już tuż tuż

 

Długotrwałe oczekiwanie na coś upragninego to proces składający się z wielu faz. Początkowo, kiedy wyczekiwany efekt jest jeszcze odległy w czasie, nie zaprząta on aż tak bardzo naszej uwagi. Jest jeszcze wiele innych pilnych spraw, które go w pewien sposób zasłaniają. Jednak w miarę zbliżania się do kulminacyjnego momentu napięcie rośnie. Zewnętrzne czynniki jakby ustępują miejsca wewnętrznemu skupieniu. Nasze myśli z coraz większą częstotliwością krążą wokół celu oczekiwania. Narasta świadomość zbliżania się do wielkiego i ważnego przełomu, który w mniejszym bądź większym stopniu zmieni nasze życie. 

fot. Krzysztof Wieczerzak ©

Zastanawia mnie najbardziej ten ostatni etap. Kiedy ma się świadomość, że to właściwie już, ale jeszcze nie teraz.  

Czym wypełnić ten wyjątkowy czas? Jak go przeżywać?

Oczekiwanie oznacza przygotowywanie się, szykowanie się na coś. Jest to więc proces stawania się coraz bardziej gotowym na podjęcie czegoś nowego, nieznanego, wyjątkowego. Tę gotowość zdobywa się stopniowo, załatwiając wiele zewnętrznych spraw, ale kluczowe wydaje mi się jednak w tym procesie przygotowanie wnętrza. Dojrzewanie nas samych do przełomowego zdarzenia. 

To jest jak robienie wokół siebie miejsca. Wokół siebie, a może bardziej nawet - w sobie. Wtedy zewnętrzna krzątanina powoli milknie, ustaje nasze zabieganie. Coraz bardziej koncentrujemy się na tym, co ma przyjść, a jeszcze chwilowo nieobecne. 

Zatrzymujemy się w końcu... Żeby... Za moment... Otrzymać... I trzymać to, co upragnione...

Jakże nam w życiu potrzeba takich chwil wstrzymanego oddechu, napiętego nawet oczekiwania. Kiedy prawie już nie możemy wytrzymać

Kiedy uświadamiamy sobie, co naprawdę jest dla nas ważne.

Obyśmy umieli w porę wyciszyć zewnętrzną bieganinę i pozwolić sobie na ten etap tworzenia wewnętrznej przestrzeni na to, co nowe i wytęsknione.

11 maja 2013

Gotowość

fot. Krzysztof Wieczerzak ©

Bez względu na to, jak ważna jest w życiu cnota cierpliwości i jak wielką wartością jest umiejętność czekania, nie można całego życia spędzić w poczekalni.

Jak często odkładamy siebie na później?

Jak często wydaje nam się, że to jeszcze nie pora, by zająć się swoimi prawdziwy potrzebami i piętrzymy przed sobą całą masę spraw rzekomo pilniejszych, które trzeba zrobić już, a najlepiej na wczoraj?

Zauważyłam ostatnio u siebie ten mechanizm. 

Kiedyś byłam w norweskich górach. Rozległy płaskowyż. Nieograniczona przestrzeń. Dostojna szarość skał, czysty błękit nieba upstrzony białymi obłokami, ciemna zieleń iglastych krzewów kołysanych delikatnym wiatrem, cisza odzywająca się tylko łomotem szumiącego wodospadu, prawie żadnych ludzi, jakieś przytłumione odgłosy z oddali... Stałam urzeczona i wiedziałam, że ta przestrzeń wzywa mnie w głąb siebie, a ja tamtego dnia nie mogłam pójść już dalej. Ale zakochałam się wtedy w tamtych górach i obiecałam sobie, że na pewno kiedyś tam powrócę, by przemierzyć tę przestrzeń swoimi krokami, pobyć tam przez jakiś czas dłużej - w scenerii, która stała się dla mnie symbolem wolności.

To jest jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam w życiu. Nie udało mi się tam jeszcze powrócić z przyczyn chyba obiektywnych. Ostatnio jednak miałam okazję, by zadać sobie pytanie, co było dla mnie w tamtym doświadczeniu tak elektryzującego, co właściwie tamta sytuacja i tamten zachwycający krajobraz mówi mi o mnie.

Zdałam sobie sprawę, że w dużej mierze moje dotychczasowe życie oparte było właśnie na czekaniu, na pełnym nadziei wychylaniu się w przyszłość, które było też pełne lęku, że to, na co czekam, się nie ziści. Tak, jakbym zupełnie nie miała na to wpływu.

A teraz myślę, że wpływ - choćby niejedną barierą ograniczony - to ja jednak mam!

Myślę, że nie warto za bardzo skupiać się w życiu na tym, co niedokonane, co w fazie przygotowania, które często trwa w nieskończoność. Czasem trzeba pozwolić sobie na nieidelność pewnych projektów i po prostu aktywnie ponieść je w życie, sprawdzić teorię w działaniu, dokonać czegoś - choćby było to niedoskonałe przedsięwzięcie. Żyć, zamiast ciągle przygotowywać się do prawdziwego życia. 

Poderwać się w końcu do lotu. By ogarnąć skrzydłami przestrzeń. I poczuć trochę wolności...

12 kwietnia 2013

 Zmieścić się w czasie

 

Ostatnio miałam okazję brać udział w kilku wydarzeniach, podczas których pewne osoby nie potrafiły zmieścić się w zaplanowanym na ich wystąpienie czasie. Te doświadczenia dały mi dużo do myślenia.

Wydaje mi się, że są dwie główne przyczyny, z powodu których trudno jest nam zmieścić się w przeznaczonym czasie.

Po pierwsze - bardzo często, kiedy coś planujemy lub organizujemy, nie oceniamy realnie naszych możliwości. Bardzo wiele czynności zajmuje nam zwykle więcej czasu niż się spodziewamy i aby uniknąć późniejszej frustracji warto wziąć to pod uwagę. Można wiele zyskać, kiedy z góry wydłuży się czas na spotkanie z przyjacielem, sprzątanie czy pisanie ważnego artykułu. Wtedy unikamy presji, nie poganiamy ciągle samych siebie, możemy spokojnie zanurzyć się w wykonywaniu jakieś czynności i robić coś z większym zaangażowaniem.

Zdarza się jednak, że naprawdę nie mamy na coś wiele czasu, albo że ramy czasowe jakiegoś przedsięwzięcia są nam z góry narzucone. Wtedy wielką mądrością okaże się umiejętność skupienia uwagi na tym, co w wykonaniu danego zdania najważniejsze. Zdolność wyboru najistotniejszych informacji, które trzeba przekazać podczas dwudziestominutowej prelekcji, czy też decyzja o wyborze trzech najpilniejszych spraw do załatwienia danego dnia spośród dziesięciu innych jest dowodem szacunku w stosunku do innych i do samego siebie. Próbując w ten sposób utrafić w sedno, uczymy się czerpać radość z owocnego wykorzystania powierzonego nam czasu.

W ostatecznym rozrachunku bowiem CZAS, który mamy, to nasze ŻYCIE. Warto zdać sobie sprawę z pola możliwości, jakimi w nim dysponujemy, oraz z jego ograniczeń... 



Rys. Andrzej Tylkowski


4 kwietnia 2013

Wytrwać do końca

 

W sytuacji zniechęcenia i zniecierpliwienia, kiedy nie starcza mi już motywacji do kontynuowania jakiegoś długoterminowego przedsięwzięcia... Krótko mówiąc - kiedy czuję się wyczerpana, a upragnionego końca jeszcze nie widać - odnajduję pokrzepienie w słowach Ryszarda Kapuścińskiego:

"Jakże potrzebne jest nam nie koło ratunkowe, pozwalające biernie unosić się na powierzchni, ale mocna kotwica, którą człowiek mógłby się przykuć do swojego dzieła".

14 lutego 2013

Cierpliwość do siebie



Dzisiaj w poczekalni zachęcam do spojrzenia w lustro. Nie tylko po to, by zatrzymać przez chwilę wzrok na swojej twarzy i nie tylko po to, by odkryć swoje piękno.

Chciałabym, byście zobaczyli w tafli lustra obraz swojej osoby, ale także zwrócili uwagę na obramowanie zwierciadła.

Każdy ma takie swoje granice. Warto jednak przyjąć w stosunku do nich pozytywną postawę. Patrząc w lustro, zaakceptować nie tylko siebie, ale także jego ramy

Warto doskonalić się w tej przestrzeni, którą wyznaczają nasze ograniczenia. Daje to możliwość rozwoju, który nie jest tylko powierzchowny - to znaczy nie polega na poszerzaniu czy rozciąganiu  swoich kompetencji tylko w prawo, w lewo, do góry i na dół, ale przede wszystkim w głąb

Przecież w tafli lustra nie widać wszystkiego. Ono odbija tylko nasz wymiar zewnętrzny. Wnętrze pozostaje ukryte, ale jest najistotniejsze.

Myśląc o swoich granicach, uświadamiam sobie, że tak samo ważne jest to, co mam, jak i to, czego nie mam. Oba te aspekty składają się przecież na wartość mojej osoby - sprawiają, że jestem jedyna i niepowtarzalna.

Każdy człowiek jest unikalną kombinacją cech i predyspozycji. Nie ma dwóch takich samych osób. Dlatego warto poznawać, na czym polega nasza wyjątkowość. 

Bardzo często wydaje się nam, że jeszcze tyle rzeczy musimy zrobić, żeby okazać się naprawdę wartościowymi ludźmi. Koniecznie zaliczyć jeszcze taki kurs, koniecznie zdobyć jeszcze takie doświadczenie, koniecznie popracować jeszcze nad tym czy tamtym... Nie chcę tutaj popierać nieuctwa, braku wykształcenie czy amatorszczyzny. Chodzi mi tylko o zachowanie odpowiednich proporcji i świadomość kierunku naszych działań. Wierzę, że to wszytko, czego tak naprawdę potrzebujemy, zwykle jest już w nas, tylko o tym często nie wiemy albo zapominamy. Zdarza się, że brniemy w na oślep w kilku kierunkach na raz, poszerzając zakres swoich umiejętności i uprawnień, zamiast doskonalić się w obrębie tego, co już osiągnęliśmy. Albo nie starcza nam czasu na to, by odkryć, co jest tak naprawdę naszym powołaniem. Boimy się podążać wąską ścieżką naszych pragnień, marzeń, prawdziwych zainteresowań, bo wydaje się nam, że tylko to, co modne i to, co robią wszyscy inni, warte jest zachodu. Na siłę forsujemy ramy, które wyznacza nam nasze życie i zatracamy swoją niepowtarzalność.

Trzeba dać sobie czas na swój wewnętrzny rozwój, na poznawanie siebie i swoich granic, na docieranie do swojej unikatowej głębi...

24 stycznia 2013


 Wytrwałość


"Kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym padaniem."
(Owidiusz)
zdjęcie zaczerpniete z bloga Jacka Gaworskiego

Delikatność i łagodność nie muszą oznaczać bezsilności.
Ważny jest upór, determinacja, cierpliwość.

Lubię myśleć o tym, jak skała przegląda się w spadającej kropli, 
jak kropla odbija skałę...