14 maja 2013

Wniebowstąpienie - tajemnica bolesna

(Dz 1, 1-11)

 

Niewidzialność Boga od zawsze była dla mnie trudnym doświadczeniem. Niemożność poznania Go poprzez zmysły... W gruncie rzczy na tym ufundowana jest wiara. Gdyby dało się Boga zobaczyć, już nie trzeba by w Niego wierzyć - pozostałby może tylko problem zawierzenia Mu.

Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. 

Choć wiem, że Kościół traktuje Wniebowstąpienie jako wydarzenie pełne triumfu i chwały, ja przede wszystkim odkrywam je jako sytuację bolesną - związaną z trudem rozstania i pożegnania. Tak po ludzku, to chce mi się po prostu płakać z żalu i tęsknoty. I czuję, że Jezus dobrze ten smutek rozumie. Wszak i On płakał nad grobem Łazarza.

A jednak Jezus nie umarł. A raczej umarł, ale zmartwychwstał i  żyje wiecznie. Nie tylko czeka na człowieka w niebie, ale też zapewnia o swojej stałej obecności pośród nas dzięki działaniu Ducha Świetego. Ta nieustanna bliskość jest możliwa właśnie poprzez ową trudną do zaakceptowania niewidzialność, której nie ograniczają już żadne względy fizyczne. Paradoksalnie poprzez swoją niewidzialność Jezus może być wszechobecny - to znaczy duchowo dostępny dla każdego człowieka w każdym miejscu i o każdej porze.
  
Wciąż również aktualna jest obietnica jego powtórnego przyjścia, budząca lęk pomieszany z radosną ekscytacją:

I rzekli [mężowie w białych szatach]: "Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od Was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba".

13 maja 2013

Namiot

(linki do rozważań na dole strony)

 

Jestem głeboko przekonana, że rozwój człowieka powinien obejmować wszystkie sfery jego funkcjonowania. Nie tylko ciało, nie tylko intelekt, nie tylko emocje, ale taże duchowość. Stąd od początku tworzenia tego bloga, kiełkowało we mnie pragnienie, by znalazło się w DoM-u takie Pomieszczenie, w którym mogłabym inspirować innych do poszukiwania głębszego kontaktu z Bogiem. Długo nie miałam jednak pomysłu, jak ta przestrzeń miałaby się nazywać. Nie byłam też przekonana, że trzeba ją jakoś specjalnie wydzielać - przecież tak naprawdę każde miejsce jest dobre na modlitwę, o ile w sobie znajdziemy dość przestrzeni na wyciszenie i odcięcie się od codziennej krzątaniny.

W końcu postanowiłam nazwać to miejsce Namiotem - w nawiązaniu do Namiotu Spotkania, czyli miejsca poza obozem, w którym modlił się Mojżesz (por. Wj 33, 7-20). Jako oazowiczka miałam kiedyś okazję poznać bliżej i praktykować tę właśnie formę pogłębiania życia duchowego. Jest mi ona wciąż bardzo bliska. Zachęcam, by przeczytać, co o niej mówił ks. Franciszek Blachnicki, założyciel Ruchu Światło-Życie.


Namiot Spotkania jest dla mnie o tyle inspirujący, że stanowi jeden ze sposobów medytacji chrześcijańskiej. Pośród mody na różnego rodzaju medytacje wschodnie - propozycja Kościoła wydaje się wciąż żywa, atrakcyjna i warta głębszego poznania. 

Chciałabym, by mój przyszły Ośrodek Rozwoju Osobistego odznaczał się właśnie profilem chrześcijańskim, gdzie można by proponować ludziom rozsmakowanie się w kontemplacji Słowa Bożego i czerpania z niego siły do twórczego Życia.

To okno będzie więc miejscem, w którym pojawiać się będą linki do krótkich rozważań biblijnych mojego autorstwa. Ufam, że to moje dzielenie się doświadczeniem duchowym zainspiruje Was do własnych poszukiwań
  

Przejdź do rozważań:

12 maja 2013

Guziki

 

źródło zdjęć: www.szufladapasji.blogspot.com




Przyszło mi ostatnio do głowy, że czasem wystarczy zmienić w starym swetrze guziki, by wyglądać inaczej... 

Odkryć swoją pomysłowość i piękno.

 

11 maja 2013

Gotowość

fot. Krzysztof Wieczerzak ©

Bez względu na to, jak ważna jest w życiu cnota cierpliwości i jak wielką wartością jest umiejętność czekania, nie można całego życia spędzić w poczekalni.

Jak często odkładamy siebie na później?

Jak często wydaje nam się, że to jeszcze nie pora, by zająć się swoimi prawdziwy potrzebami i piętrzymy przed sobą całą masę spraw rzekomo pilniejszych, które trzeba zrobić już, a najlepiej na wczoraj?

Zauważyłam ostatnio u siebie ten mechanizm. 

Kiedyś byłam w norweskich górach. Rozległy płaskowyż. Nieograniczona przestrzeń. Dostojna szarość skał, czysty błękit nieba upstrzony białymi obłokami, ciemna zieleń iglastych krzewów kołysanych delikatnym wiatrem, cisza odzywająca się tylko łomotem szumiącego wodospadu, prawie żadnych ludzi, jakieś przytłumione odgłosy z oddali... Stałam urzeczona i wiedziałam, że ta przestrzeń wzywa mnie w głąb siebie, a ja tamtego dnia nie mogłam pójść już dalej. Ale zakochałam się wtedy w tamtych górach i obiecałam sobie, że na pewno kiedyś tam powrócę, by przemierzyć tę przestrzeń swoimi krokami, pobyć tam przez jakiś czas dłużej - w scenerii, która stała się dla mnie symbolem wolności.

To jest jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam w życiu. Nie udało mi się tam jeszcze powrócić z przyczyn chyba obiektywnych. Ostatnio jednak miałam okazję, by zadać sobie pytanie, co było dla mnie w tamtym doświadczeniu tak elektryzującego, co właściwie tamta sytuacja i tamten zachwycający krajobraz mówi mi o mnie.

Zdałam sobie sprawę, że w dużej mierze moje dotychczasowe życie oparte było właśnie na czekaniu, na pełnym nadziei wychylaniu się w przyszłość, które było też pełne lęku, że to, na co czekam, się nie ziści. Tak, jakbym zupełnie nie miała na to wpływu.

A teraz myślę, że wpływ - choćby niejedną barierą ograniczony - to ja jednak mam!

Myślę, że nie warto za bardzo skupiać się w życiu na tym, co niedokonane, co w fazie przygotowania, które często trwa w nieskończoność. Czasem trzeba pozwolić sobie na nieidelność pewnych projektów i po prostu aktywnie ponieść je w życie, sprawdzić teorię w działaniu, dokonać czegoś - choćby było to niedoskonałe przedsięwzięcie. Żyć, zamiast ciągle przygotowywać się do prawdziwego życia. 

Poderwać się w końcu do lotu. By ogarnąć skrzydłami przestrzeń. I poczuć trochę wolności...

25 kwietnia 2013

Pożegnanie z matką


Relacja z matką zdaje się jedną z podstawowych sił determinujących nasze życie. To, jak wyglądała nasza więź z rodzicielką w dzieciństwie, zapada w nas bardzo głęboko i potrafi wpływać na nasze zachowania, uczucia, wybory przez całe życie.

Miarą dojrzałości jest umiejętność spojrzenia z dystansu na ten bagaż doświadczeń zafundowanych nam przez matkę w dzieciństwie. Dystans rozumiem jako możliwość w miarę obiektywnego oglądu sytuacji - uwzględnienie zarówno tego, co było otrzymanym dobrem, jak i tego, co okazuje się obciążeniem, niepotrzebnym balastem. Żeby stać się dorosłym, trzeba zobaczyć i uznać, że matka nie była idealna, bez względu na to, jak ważną osobą jest dla nas. Bo zawsze jest ważną osobą już przez sam fakt uczestnictwa w akcie naszych narodzin. Co więcej, jest ważna, nawet jeśli była bardzo niedoskonała.

Aby dorosnąć, trzeba pożegnać się z matką. Jest to tak naprawdę proces polegający nie tylko na fizycznym wyprowadzeniu się z domu rodzinnego. Chodzi tu raczej o mentalne i emocjonalne odcinanie się. Czasem w ten sposób trzeba odseparować się od matki, która faktycznie już zmarła, ale w jakiś tajemniczy sposób żyje w nas nadal.

W pewnym sensie łatwiej jest pożegnać się na tym psychicznym poziomie z matką, która była bardzo toksyczna. Wtedy chodzi o to, by zaopiekować się skrzywdzonym wewnętrznym dzieckiem, zadbać o swoje emocje, rozpoznać i spróbować przemodelować niezdrowe mechanizmy rządzące w niekorzystny sposób naszym życiem. Takie pożegnanie z toksyczną matką oznacza postawienie granic, danie sobie prawa do złości i żalu oraz rozpoczęcia życia według nowych, samodzielnie ustanawianych norm.

Ale i z dobrą matką trzeba się pożegnać, aby móc w pełni dojrzewać i rozwijać się w sposób twórczy i niezależny. W tym pożegnaniu odczuwa się boleśnie trud odłączenia, ale odkrywa się paradoksalnie, że nie musi ono oznaczać przerwania bliskości. Jest to doświadczenie uwalniające zarówno dla dziecka, jak i dla matki. Pamiętając o wyjątkowej więzi, która łączy z rodzicielką, można swobodenie i samodzielnie rozwinąć skrzydła, wykorzystując cały potencjał, w jaki nas wyposażyła ta relacja.

23 kwietnia 2013

Karmnik

  

W kuchni na parapecie stoi jeszcze karmnik.


Wiem, że to może pytanie nie w porę
ale od jakiegoś czasu ciągle chodzi mi po głowie.

Co robisz częściej?  
Żywisz nadzieję czy dokarmiasz wątpliwości?

zdjęcie ze strony http://www.krzynowlogamala.pl

22 kwietnia 2013

ALFABET UCZUĆ

Bezradność

 

Osobiście wiem na jej temat tyle, że pojawia się często jako reakcja na lęk i wiąże się ze strachem przed okazaniem złości. Tymczasem złość okazuje się bardzo skuteczną ochroną przed tym uczuciem, które przeżywane na dłuższą metę może prowadzić do rzeczywistej życiowej nieporadności, depresji i bierności. 

Dlatego też, gdy już pozwolę sobie, aby dotknęło mnie moje poczucie bezradności i związany z nim smutek, zwątpienie i obawy, biorę pustą kartkę papieru, zapisuję po kolei i skreślam - mówiąc tym samym mojej bezradności STOP i robiąc miejsce dla złości!

                        bezradność                                                               bierność

  załamywanie rąk                                                użalanie się nad sobą

                                                  brak poczucia własnej wartości

               pesymizm                                                                     depresyjny nastrój


                                  poczucie tragizmu sytuacji                            

                   straszenie się

                                                                                           brak poczucia wpływu

spadek motywacji                                       załamanie                        
                                               kompleksy

  negatywne myślenie                                                                   tkwienie w dole

             i tak się nie uda...               nie warto się starać...

                                       usiąść i płakać...                        
                                                                                       
                                                      nic mi nie da, że się zezłoszczę...


A Ty?
Wiesz, skąd bierze się Twoja bezradność?
Z jakimi innymi emocjami jest sprzężona?
Masz na nią jakiś sposób?

21 kwietnia 2013

ALFABET UCZUĆ

(z miłości do Ludzi i Liter)

 

Chciałabym dzisiaj w pracowni zapoczątkować cykl wpisów dotyczących uczuć. Od pewnego czasu towarzyszy mi bowiem takie przekonanie, że bardzo wielu ludzi nie do końca potrafi żne swoje stany emocjonalne zauważać, nazywać i przeżywać we właściwy sposób. Nie zostaliśmy tego nauczeni w dzieciństwie. Wygląda na to, że jest to sfera, z którą nie za bardzo wiemy, jak się obchodzić. A przecież nie da się od niej uciec. I chyba nie warto, bo w gruncie rzeczy to bardzo piękna część ludzkiej osobowości i egzystencji. Chciałabym wskazać kilka pomysłów na to, co w ogóle można z różnymi uczuciami zrobić.


Od razu nasuwa mi się taka ogólna zasada, którą warto zapamiętać. 
Otóż uczucia trzeba przede wszystkim przeżywać
I to w dodatku przeżywać wszystkie. 
To znaczy - nie  tylko te przyjemne, ale także te trudne i niezbyt lubiane. 


Dla mnie prze-żywać uczucia znaczy przede wszystkim nie uśmiercać ich, czyli nie tłumić, nie wrzucać do kosza, nie zamiatać pod dywan, nie udawać, że ich nie ma, kiedy są, bo inaczej mogą nagle i nieoczekiwanie wybuchnąć ze szkodą dla nas.

Prze-żywać uczucia znaczy akceptować je, uwalniać, konstruktywnie wyrażać, panować nad nimi i z korzyścią dla siebie nimi zarządzać.

Tak więc już niedługo pojawią się pierwsze wpisy dotyczące rożnych emocji, przy czym kolejność nie będzie alfabetyczna. Bynajmniej też nie uważam się w tej kwestii alfą i omegą. Ostatecznie ekspertem od swoich uczuć może być tylko ich właściciel. 

Na koniec zostawiam Was z kilkoma pytaniami:

Co dla Ciebie oznacza pocz?  
Jak często masz poczucie czucia czegoś? 
Co ostatnio bardzo intensywnie poczułeś

12 kwietnia 2013

 Zmieścić się w czasie

 

Ostatnio miałam okazję brać udział w kilku wydarzeniach, podczas których pewne osoby nie potrafiły zmieścić się w zaplanowanym na ich wystąpienie czasie. Te doświadczenia dały mi dużo do myślenia.

Wydaje mi się, że są dwie główne przyczyny, z powodu których trudno jest nam zmieścić się w przeznaczonym czasie.

Po pierwsze - bardzo często, kiedy coś planujemy lub organizujemy, nie oceniamy realnie naszych możliwości. Bardzo wiele czynności zajmuje nam zwykle więcej czasu niż się spodziewamy i aby uniknąć późniejszej frustracji warto wziąć to pod uwagę. Można wiele zyskać, kiedy z góry wydłuży się czas na spotkanie z przyjacielem, sprzątanie czy pisanie ważnego artykułu. Wtedy unikamy presji, nie poganiamy ciągle samych siebie, możemy spokojnie zanurzyć się w wykonywaniu jakieś czynności i robić coś z większym zaangażowaniem.

Zdarza się jednak, że naprawdę nie mamy na coś wiele czasu, albo że ramy czasowe jakiegoś przedsięwzięcia są nam z góry narzucone. Wtedy wielką mądrością okaże się umiejętność skupienia uwagi na tym, co w wykonaniu danego zdania najważniejsze. Zdolność wyboru najistotniejszych informacji, które trzeba przekazać podczas dwudziestominutowej prelekcji, czy też decyzja o wyborze trzech najpilniejszych spraw do załatwienia danego dnia spośród dziesięciu innych jest dowodem szacunku w stosunku do innych i do samego siebie. Próbując w ten sposób utrafić w sedno, uczymy się czerpać radość z owocnego wykorzystania powierzonego nam czasu.

W ostatecznym rozrachunku bowiem CZAS, który mamy, to nasze ŻYCIE. Warto zdać sobie sprawę z pola możliwości, jakimi w nim dysponujemy, oraz z jego ograniczeń... 



Rys. Andrzej Tylkowski


7 kwietnia 2013

Maliny

 

Ulubioną część mojego jadłospisu stanowią owoce. Kojarzą mi się z soczystym latem i dojrzewaniem w słońcu. Jest coś zachwycającego w procesie powstawania owoców, które stanowią ukoronowanie procesu wegetacyjnego. Lubię myśleć o tajemniczym zalążku życia, który kryje ich wnętrze w postaci pestek nasiennych.
 
zdjęcie z Wikipedii
 
Moje ulubione owoce to maliny. Ich czerwień, miękkość, słodycz, zapach są prawdziwą rozkoszą dla podniebienia - i nie tylko! Nawet moje palce lubią lekkość, z jaką maliny oddzielają się od dna kwiatowego. Tu nie ma mowy o zrywaniu. Tylko delikatne, łagodne oddzielanie...

Podoba mi się jeszcze sam kształt malin. Używając języka botaniki - malina to wielopestkowiec, co oznacza, że zbudowana jest z wielu drobnych owocków sczepionych ze sobą za pomocą maleńkich włosków.
 
Illustration Rubus idaeus0.jpg
rycina z Wikipedii

Ktoś może oczywiście zapytać, co to wszystko ma wspólnego z kuchnią i jedzeniem. A ja myślę, że ma i to sporo. Świadomość, zachwyt, afirmacja cudów, jakie kryje dla nas natura może podsycać naszą wolę życia, troszczenia się o siebie i swój stan zdrowia oraz dobre samopoczucie.

Ot jeszcze inne spojrzenie na wzmacniające działanie malin!